czwartek, 30 sierpnia 2012

Is Anybody Else There? 9

Rozdział 9

*** Myśli MinHo ***

* Tak dla wyjaśnienia, Amy to stara koleżanka Hany. Dwa lata od niej starsza. Po skończeniu gimnazjum (jak Amy skończyła) straciły ze sobą kontakt, bo wyleciała do Seul, do Korei Południowej.

Do ChisanaSekai : Przepraszam, że wybrałam imię dla dziewczynki "Jessica" (będziesz wiedzieć o co chodzi jak przeczytasz), ale kocham to imię. Jak byłam młodsza zawsze jak się bawiłam wrzeszczałam "Ja chcę mieć na imię Jessica!".


Złapał mnie za rękę i zaczął mówić.

- Daisy...
- Daisy?! Mam na imię Hana!
- Przepraszam, Hano - potrząsną głową.
- Tato, to bez sensu. Ona Ci nie zastąpi mamy...
- Nie zastąpi, tylko uzupełni jej miejsce, a to coś innego.
- Ale mama... Mama jest inna! Jak możesz?! - łzy same zaczęły mi spływać po twarzy.
- Nie ma ludzi niezastąpionych, kochanie. - zaczął mówić troskliwie.
- Owszem, są. Mnie niczym nie zastąpisz... Tak samo jak nikt nie zastąpi mi... - chciałam powiedzieć "JiWoo", ale z ust wyszły mi inne słowa - mamy...
- Uwierz, przyzwyczaisz się. - chciał mnie objąć, ale go odepchnęłam.
- Przyzwyczaisz?! Czy ty wiesz, co mówisz?! Nikt nie zapełni w moim sercu takiej pustki jaką zostawiła mi mama. Kochała mnie. Choć miałam tylko dwa lata jak odeszła, czuję dalej jej miękkie włosy, piękny truskawkowy zapach jej perfum, jej ciepło jak mnie przytuliła. Babcia mi pomagała zapomnieć, ale nie mogłam, a teraz i ona odeszła. Świat odebrał mi osoby, które pomagały mi w życiu, bez których załamałabym się już dawno temu. Po tym jak mama odeszła nie istniałeś dla mnie, tylko dla papierów. Czułam, jakby były moją konkurencją. Nie powinnam tak czuć. Nie nauczyłeś mnie niczego w życiu. Nie byłeś tym za kogo cie uważałam. Słowo "tata" dla mnie nie istniało w tym znaczeniu, co powinno. Uważasz, że to dobrze? Więc skoro nikt mi nie zastąpi mamy to tamta pani z arogancją na twarzy też. A więc skoro taty, ani mamy nie ma to... Nie mam rodziców, jestem sierotą... - pięć wielkich, gorzkich łez poleciało po moich policzkach.
- To nie tak...
- A jak?! Nie jestem już dzieckiem. Rozumiem niektóre sprawy. Za dwa tygodnie, czyli dokładnie 10 lipca, skończę osiemnaście lat. Będę pełnoletnia. Nie mam zamiaru tu być, nie chcę. Wyprowadzę się z domu.
- Ale...
- Wyjdź! - krzyknęłam połykając przy tym słone strumienie łez.

Wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Rozpakowywałam rzeczy z walizek i toreb.
Zajęło mi to około dwóch godzin, bo zastanawiałam się gdzie co ułożyć. A gdy już to zrobiłam wyjęłam telefon.

"18 Nieodebranych połączeń od: MinHo."

"6 Nieodebranych wiadomości od" MinHo, Amy Twinkle, numer prywatny."

Od: MinHo

Hana, martwię się. Wylądowałaś? Dzwoniłem już ponad 15 razy, a ty nie odpowiadasz. Coś się stało?

Od: MinHo

Hana, wszystko w porządku? Odezwij się...

Od: Amy Twinkle

Hej Hana. Słyszałam od tego JiWoo, że jesteś w Korei, w Seul. Może się spotkamy?

Od: numer prywatny

Jak ci czas mija? Słyszałam, że jesteś w Korei. Twój tata tak powiedział... Tak z dnia na dzień straciłam pracę. Co tam się stało?

Od: numer prywatny

Hana, piszę z telefonu, z biura mojego ojca. Czy jest taka możliwość, żeby Becky się ze mną spotkała? Masz z nią kontakt? To ważne. Bo wyjechała do Polski, a tu chodzi o jej rodzinę... Myah.

Zadzwoniłam do MinHo.

- Halo?
- MinHo?
- Hana? Nic ci nie jest?
- Nie, niby czemu?
- W wiadomościach mówią, że samolot z Ota do Incheon rozbił się.
- Przecież ja leciałam do Seul.
- Ah tak.
- Czemu się tak martwisz?
- Ja? Wcale nie... Po prostu ... Eee... Ymm... Jesteś moją przyjaciółką.
- No tak - zaśmiałam się - MinHo - mistrz kłamstwa, keke.
- Ja? Ymm... Nie!
- Oj dobrze. Coś konkretnego chciałeś wiedzieć?
- Nie... Tylko to, czy żyjesz. - wydawał się być zmartwiony.
- Kiedy przylatujesz - odwróciłam temat, by usłyszeć odrobinę radości w jego głosie.
- Za półtorej tygodnia. Za niedługo się zobaczymy. - powiedział radośnie.
- Ten czas będzie mi płyną na prawdę wolno...
- Tak? - powiedział jakby z nadzieją w głosie.
*** Ej, serce. Nie wiesz, że kiedy rozmawiam, masz nie walić szybciej i aż tak mocno?***
- Oczywiście, bo tata znalazł sobie jakąś dziwną babkę i powiedział, że zastąpi mi i jemu mamę, rozumiesz?
***Miałem nadzieję, że będziesz za mną tęsknić... Że dlatego będzie ci wolno płynąć czas...***
- Tak, rozumiem. To okropne... - w jego głosie słyszałam współczucie.
- Pokłóciliśmy się i powiedziałam, że jeśli się z nią nie rozstanie wyprowadzę się z domu, bo za dwa tygodnie kończę osiemnaście lat. - łza popłynęła mi po policzku.
***Tak, rozumiem. Tak bardzo chcę być teraz przy tobie. Przytuliłbym cię, a ty byś się swobodnie wypłakała. Moja bluzka posłużyłaby ci jako podpora w trudnych chwilach, chusteczka kiedy płaczesz i ciepły koc kiedy marzniesz***
- Nie płacz, wszystko się ułoży... Obiecuję, kiedy przylecę porozmawiamy razem.
- Dziękuję, że jesteś.
***W końcu istnieję tylko dla ciebie. Kocham cię. Zawsze będę przy Tobie. Może nie ciałem, ale duchem...***
- Proszę... Ale ty na serio masz urodziny za dwa tygodnie?
- Tak, już osiemnaste. - powiedziałam z radością w głosie.
- To super. Robisz imprezę?
- Tak.
***Nie zapraszaj Key! Nie zapraszaj Key! On Cię uwiedzie... Proszę, nie zapraszaj KiBum'a!***
- Dostaniesz ode mnie śliczny prezent.
- Nie trzeba...
***Jesteś moim diamentem. Muszę, inaczej nie potrafię.***
- Ojj... I tak dostaniesz!
- I zaproszę w pierwszej kolejności taką osobę... Wyjątkową.
***Czy to ja? No proszę, powiedz, to ja?***
- Kto to jest? - zapytał mnie z nadzieją w głosie.
- To Amy. Jest cudowna. - zaśmiałam się.
***Jaka Amy? To nie ja? A co z tym, który Cię wspiera?***
- Yhmm...
- Dobrze, ja kończę.
***Nie, proszę. Chcę cały czas słyszeć Twój głos...***
- Ok, ja też muszę kończyć.
- To pa!
***Pa kochanie!***
- Cześć.

Rozłączyłam się. Fajnie, że mam takiego przyjaciela, jakim jest MinHo.
Odpisałam Myah (dziewczyna z balu) :

"Aktualnie jestem w Korei, nie mam z nią kontaktu, ale spróbuj zadzwonić."

Ominęłam ten pierwszy SMS z numeru prywatnego, bo nie wiedziałam kto to.

Ah, ta Amy. Oczywiście, że tak! ^.^

"Pewnie, a skąd wiesz?"

SMS nadszedł dość szybko :

"Mama mi mówiła. Przejdziemy się z moim skarbem, dobrze?"

Do: Amy

"Dobrze, za godzinę w parku, może być?"

Od: Amy

"W którym, mamy ich kilka :D"

Do: Amy

"W dzielnicy Jung-gu, bo tu mieszkam."


Od: Amy

"To dwie dzielnice dalej od mojego domu. Egh... Przejdę się z małą."

Do: Amy

"To za godzinę w parku. Jesteśmy umówione! >.<"

Od mojego domu to było jakieś piętnaście minut, ale żeby się nie śpieszyć wyjdę sobie teraz.

Usłyszałam dość niemiły głos Daisy z dołu.

- Złaź na dół! Obiad!!! - miała taki wredny głos, że tysiąc starszych, skrzeczących babć jej nie pobije.
- Nie jestem głodna. Zjem na mieście! - wrzasnęłam i wybiegłam z pokoju jak burza.

Tyle tych schodów. Jeden, dwa, trzy, osiem, dwanaście, osiemnaście, dwadzieścia?! I to jeszcze takie wielkie stopnie, że trzeba mieć tak długie nogi, jak europejska modelka... Zeszłam na dół krzyknęłam krótkie "Pa", zanim mój tata będzie się domagał powodu mojego wyjścia.

Wyszłam z ogromnego domu i zaczęłam iść chodnikiem przy niezbyt ruchliwej ulicy. Ciszy szmer drzew towarzyszył moim krokom. To dziwne, że nie miałam ochoty założyć słuchawek i odpłynąć w świat muzyki. Zawsze to coś - zmieniam się. To już zauważyłam wcześniej. Wydoroślałam z lubienia Hello Kitty, noszenia różowych ciuchów i kokardek we włosach. Lecz dalej to z dzieciństwa pozostało - ciekawość świata. Chciałabym wszystko za jednym razem obejrzeć, caluteńki świat. Ale się nie da... Marzenia... Zaczęłam iść nieco zagłuszającą ulicą. Już aż tylu drzew nie było jak w Ota. Miasto było inne. Szłam koło różnych sklepików, butików, barów, od których było czuć koreańskim jedzeniem. To właśnie takie, jak gotowała moja babcia i mama. Te zapachy towarzyszyły mi od zawsze. Uwielbiałam je. Choć były tak bardzo ostre, azjatycka kuchnia zawsze była dla mnie czymś niepowtarzanym. To śmieszne, ale jest tyle dań azjatyckich, że łatwo w nich znaleźć swoją osobowość - łagodna, niewinna jak Juk, albo Bap (dwa koreańskie dania, bardzo zawiesista zupa i ryż z dodatkami typu orzechy i takie tam dziwne składniki). Po drugiej stronie drogi były skrzyżowania przeplatane z placami zabaw. Przepiękna okolica. Ludzie pędzili do przodu bardzo szybko. Każdy gdzieś się śpieszył, dokąd? Nie wiem. Ale każdy z nich miał swój cel. Tak samo jest w życiu. To cudne, że każdy chce coś osiągnąć. Właśnie przechodziłam koło piekarni Mira Bakery. Zalatywało z niech zapachem moich ulubionych ciasteczek. Gościnny zapach zaprosił mnie do środka. Ujrzałam tam kobietę około trzydziestki. Układała paczuszki z świeżo upieczonymi, jeszcze ciepłymi ciastkami. Uśmiechnęłam się i przekroczyłam przez wszystkie półki idąc w stronę kasy. Stał tam mężczyzna w podeszłym wieku.

- Dzień dobry, co podać?
- Poproszę tamte ciasteczka. - wskazałam ręką na półkę ze smakołykami.
Poszedł po słodycze i podał mi torebkę.
- To nazywa się "Malinowe Cudeńka". - zaśmiał się.
- Dobrze, następnym razem jak będę to chciała na pewno wypowiem tą nazwę. - uśmiechnęłam się szeroko.
- Skąd pochodzisz?
- Z Japonii, ale korzenie mam koreańskie.
- Słychać, inny akcent.
- Aż tak to słychać?
- Owszem, jestem starszym człowiekiem, ale słuch mam jeszcze dobry. - znów się zaśmiał.
- Dobrze, do widzenia. - ukłoniłam się, złapałam torebkę z "Malinowymi Cudeńkami" i pokierowałam się do wyjścia.

Park był już niedaleko, ale miałam jeszcze ponad pół godziny. Postanowiłam pokierować się do pobliskiej kawiarni. Tam spokojnie usiądę i zjem te słodkości, zamówię sobie gorącą czekoladę i poczekam do umówionej godziny. Może to śmieszne, ale gdy jest lato lubię posiedzieć w kawiarni i pić kakaowe słodkości w śnieżnobiałych kubkach. Przekroczyłam próg znanej ze swoich lodów i pysznych gofrów kawiarni i podeszłam do lady. Tam zamówiłam to co chciałam i usiadłam przy małym stoliku na miękkim krześle. Wyjęłam komórkę i zaczęłam usuwać wiadomości. Natrafiłam na jedną przykrą, lecz nigdy wcześniej jej nie widziałam, a była otwarta.

"Hano, to ja, JiWoo. Czy Twoje uczucia są stałe w stosunku do mnie? Czy Ty dalej mnie kochasz? A może ten pocałunek dla Ciebie nic nie znaczył? Dla mnie tak, najcudowniejsze uczucie na świecie. Odwzajemniłaś go, ale potem uciekłaś. Czyli wolisz jego, tak? Bo jest sławny... Mogłem się tego spodziewać..."

Kliknęłam strzałkę w dół.

Wiadomość z: 24.06.2012

Przecież to dwa dni temu. MinHo? No bo kto inny. W ten dzień u niego spałam. Jest jakaś odpowiedz wysłana z mojej strony? Oczywiście, że tak :

"Oczywiście, że wolę jego. Nie dlatego, że jest sławny. Po prostu się w nim zakochałam. Nie zbliżaj się nigdy do mnie. Mam nadzieję, że to są wyraźne znaki tego, że nie chcę, byś to ty był przy mnie..."

Ja nic nie pisałam!
Kelnerka podała mi kubek z czekoladą i zaczęłam jeść ciasteczka popijając napojem.
Nagle do kawiarni wchodzi osoba z dziewczynką około czwartego roku życia i zaczyna krzyczeć "Hana! Hana!"

- Tak? Kim jesteś?
- To ja, Amy.
- Amy? Oh, cześć!
- Hej!
Przytuliłyśmy się mocno. Dobrze jest zobaczyć Amy po tylu latach.
- A to jest moja córeczka. Jak masz na imię? - powiedziała z uśmiechem Amy wskazując na dziewczynkę z pięknymi, brązowymi włosami.
- Jessica... - powiedziała nieśmiało dziewczynka. - Ale możesz do mnie mówić Jess.
Schyliłam się do niej.
- Cześć Jess, mam na imię Hana. - posłałam jej szeroki uśmiech i podałam jej palca wskazującego by mogła go swobodnie objąć rączką. Tak też zrobiła.
- Może chodźmy już do parku. - rzuciła pomysłem Amy.
- Tak, masz rację. - powiedziałam i w tej chwili wyszłyśmy z pomieszczenia.

Zaczęłyśmy iść w stronę parku. Jedno pytanie mnie dręczyło, więc postanowiłam je zadać.

- Amy, czy to naprawdę twoja córka?
- Tak...
- Kiedy to się stało?
- Co?
- No wiesz...
- Aa.. Pięć lat temu. Czyli zaraz po tym, jak opuściłam gimnazjum.
- Jaka była reakcja Twoich rodziców?
- Nie obchodziło ich to. Powiedzieli, że będę tu mieszkać, ale za wszystko związane z dzieckiem ja sama mam płacić. Także rzuciłam szkołę i zajmowałam się dzieckiem.
- A Twój chłopak?
- Jak dowiedział się, że jestem w ciąży rzucił mnie.
- Przykro mi...
- W porządku, poradziłam sobie sama i teraz jestem z tego dumna.

Doszłyśmy do parku w milczeniu. Mała poszła się bawić.
Park mieścił się koło lasu. Jess pobiegła pobawić się na "małpi gaj". Wspinała się, huśtała na linach. Miło było popatrzeć na zabawę słodkiego dziecka. Tak się cieszyła.
Odwróciłyśmy wzrok od maleństwa.

Popatrzyłyśmy na plac zabaw po około dziesięciu minutach. Nie było jej. Podbiegłyśmy tam.
Leżała cała zakrwawiona, a koło niech mężczyzna w masce z pistoletem...

Czy chcecie dziś zwiastun?
Tak dla sprawdzenia, oto on :

Zapowiedź rozdziału 10

Dziewczynka będzie się powoli wykrwawiać. Mężczyzna ponownie strzeli do małej dziewczynki. Co jej się stanie. Czy bardzo będzie zraniona? Czy przeżyje? Tego dowiesz się w następnym rozdziale.

Dziękuję 17 obserwatorom, za 2,711 wyświetleń. 
To bardzo miło z Waszej strony.

Mam nadzieję, że rozdział Was zaciekawił. Oceńcie go w komentarzach. :)


I Hope You Like It ! ^.^

wtorek, 28 sierpnia 2012

Is Anybody Else There? 8

Rozdział 8

Na prośbę jednej z czytelniczek wracam do narracji pierwszoosobowej.


Wiedziałam, że będą kłopoty. Przyciągnęłam do siebie telefon jednym ruchem ręki i nacisnęłam zieloną słuchawkę.

- Tak papa?
- Hano, gdzie ty jesteś? Przecież miałaś czekać w domu.
- Ja tylko... - zaczęłam się zastanawiać jaki kit mu wcisnąć, bo przecież jak powiem, że spałam u kolegi wkurzy się strasznie... - ...spałam u koleżanki. Nie gniewasz się?
- Nie, dlaczego?
- Tak tylko pytam, bo trochę mówisz innym tonem.
Tak, mówił inaczej. Był jakiś taki ... radosny? Nigdy tak się nie zachowywał od śmierci mojej matki. Wtedy coś mu odbiło i nie spędzał ze mną tyle czasu.
- Córeczko, czy mogłabyś przyjechać taksówką pod adres, który zaraz ci powiem?
- Po co mam gdzieś jechać? Myślałam, że chcesz, bym pojechała do domu.
- Ah tak, racja. To przyjedz do domu i spakuj swoje rzeczy, a potem pojedziemy na lotnisko. - powiedział roześmiany.
- Hmm? Jak to "spakuj swoje rzeczy". Tato, o co chodzi? - spytałam zaniepokojona.
- Wyjaśnię ci jak będziemy na miejscu.
- Gdzie lecimy?
- Wszystkiego dowiesz się w samolocie. - powiedział tym razem poważnie.
- Ale Papa...

Rozłączył się. MinHo zszedł na dół.

- Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, ale mam jechać do domu, spakować swoje rzeczy i chyba się wyprowadzam.
- Ale tak z dnia na dzień?
- Nie wiem... Chyba coś mu się w głowie poprzewracało.
- Hmm...
Zaczął coś grzebać w swoim I Phone.
- Wpisz mi swój numer.
Podał mi go, a ja wpisałam to, co trzeba.
- Jak mam się zapisać? - powiedziałam z uśmiechem.
- Po prostu "Hana" - posłał mi uśmiech.
"Po prostu Hana" - analizowałam to zdanie w myślach.
- Już, gotowe.
- Dziękuję - jego kąciki ust podniosły się ku górze.
- To ja idę się zebrać na górę, spakować rzeczy i idę.
- Dobrze. - MinHo.
- Odprowadzę Cię. - powiedział Key, a jego słowa zadziwiły wszystkich razem ze mną.
- Nie trzeba, ja to zrobię... - powiedział wkurzony MinHo po pięciu minutach ciszy.
- Nie, naprawdę... Poradzę sobie sama. - powiedziałam, żeby złagodzić atmosferę.
- Nie puszczę cię samej, bo w tak dużym mieście jak Ota może ci się coś stać nawet w dzień. Idziesz ze mną. - uśmiechnął się Key.
MinHo widać, był bardzo wkurzony.
Popatrzyłam na MinHo kojąco.
- Dobrze, ale to jedyny raz! - warknął zły raper.

Poszłam na górę, ubrałam wszystkie ciuchy na siebie. Miałam już iść do łazienki, ale ktoś wszedł do pokoju.

- Może w czymś ci pomóc?
Odwróciłam się. To był MinHo.
- Nie, dziękuję za troskę. - uśmiechnęłam się.
Złożyłam koszulkę i chciałam ją dać "żabie", ale wcisnął mi ją.
- Zatrzymaj ją. Będzie mi bardzo miło jeśli to zrobisz.
- Dziękuję... - przytuliłam go i położyłam koszulkę na łóżku.
Przeczesałam podręcznym grzebieniem, który zawsze noszę ze sobą, swoje włosy i przemyłam wodą twarz. Niestety, szczoteczki do zębów, ani kosmetyków nie miałam tutaj.  Przyjdę do domu to to zrobię.
Wytarłam mokrą buzię w ręcznik podpisany na metce słowem "MinHo" i wyszłam z toalety.
Zaczęłam schodzić po schodach.

- To jak, idziemy już, prawda?
- W zasadzie to szybciej chyba będzie taksówką. - powiedział MinHo odkładając telefon. - Już ją zamówiłem.
KiBum wnerwił się, był cały czerwony.
Chytry uśmieszek rapera nie schodził mu z twarzy.
Wiedziałam dlaczego to zrobić.
Myślał mniej więcej tak : "Zamówię taksówkę, to spędzi z nią mniej czasu."
Zaskakuje mnie... Przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi.

Nadjechała taksówka. Wcisnęłam się z Key na tylnych siedzeniach taksówki mknącej małymi uliczkami w Ota. Było mi niedobrze od gorąca i od słodkiego, duszącego zapachu waniliowego odświeżacza powietrza, który zwisał z przedniego lusterka. Chciałam otworzyć okno ale natknęłam się na spojrzenie w lusterku naburmuszonego taksówkarza i powiedział "włączyłem klimę". Był starszym mężczyzną w tweedowej czapce, z krzaczastymi brwiami i tłustym, cienkim kucykiem, zwisający z z tyłu głowy.
Wreszcie dojechaliśmy.

Wyszłam z samochodu żegnając się z KiBum'em i popędziłam do domu. Przekręciłam klucz w zamku i wpadłam do domu jak burza. W przedpokoju leżały dwie walizki, dwie torby i plecak. Było tego sporo. Pierwsze zapakowałam tablet, laptop, MP4, ładowarki, trzy pary słuchawek i tak dalej. Potem wszystko związane z harfą i malowaniem. Następnie kosmetyki i rzeczy do pielęgnacji (ręczniki, mydło, szczoteczka, pasta itp.). Potem ciuchy. Wyszło ich około dwóch walizek.
Zadzwoniłam do taty, że może już wyjeżdżać po mnie.

Za dziesięć minut już był na miejscu. Wpakowałam walizki do kolejnej taksówki i przywitałam się z papą. Starałam się uśmiechać cały czas, ale strach przeszywał mnie od wewnątrz do zewnątrz. Ciekawość mnie zżerała od środka i w końcu musiałam się zapytać.

- Tato, gdzie lecimy?
- Do Korei Południowej.
- Do jakiego miasta?
- Do Seul.
- Po co?
- Zadajesz za dużo pytań. Dowiesz się na miejscu.

Analizowałam zdarzenia. To żadna sprawa związana z babcią, bo ona pochodzi z Incheon. Seul to stolica tego państwa. Po co do tak wielkiego miasta się wybieramy?

Lot minął dość szybko. Lotniskowe sprawy minęły śmiesznie. Żartowaliśmy z tatą. Z lotniska zaczęliśmy jechać taksówką. Droga według taty trwała dwadzieścia minut. Dla mnie jednak to była wieczność.
Dlaczego w każdej taksówce są waniliowe odświeżacze i nie można otwierać okno, bo kierowcom, nie wiem w jaki sposób, to przeszkadza?!

Wysiedliśmy przed dwupiętrowym domem (parter, pierwsze i drugie piętro).
Wielki, zielony ogród. Gdzieniegdzie tuje i inne drzewa z gatunków iglastych. Przeplatały się z niebieskimi, fioletowymi, żółtymi, czerwonymi, pomarańczowymi i białymi kwiatami. Od metalowej bramy wjazdowej do wejścia głównego prowadziła marmurowa dróżka. Szliśmy przez nią mijając duży sad po prawej i grządki z warzywami i małym polem truskawek i malin po lewej.
Tata wcisnął czerwony przycisk przy drzwiach. Otworzyła kobieta, Koreanka, ubrana w czerwoną, obcisłą do kolan sukienkę, rażąco żółte szpilki i jej dodatki były w kolorze jaśniejszym od słońca. Okropne! Mój tata przywitał się z nią pocałunkiem w usta. Nie wiedziałam o co chodzi...
Zaczęła do mnie mówić po japońsku, jedno zdanie, niezbyt jej to wychodziło...

- Umiem koreański. - warknęłam.
- Cześć, pewnie ty jesteś Hana, tak? - powiedziała z uśmiechem.
- Tak.
Kobieta zaczęła wołać swoją córkę.
- Daisy! Chodź na dół.
Słychać było kroki tuptające z drugiego piętra. Były coraz głośniejsze, czyli zbliżała się.
Zza zakrętu wyłoniła się młoda dziewczyna, na oko jakieś dwa lata młodsza ode mnie. Miała twarz zaciekawioną, bo coś przeglądała w tablecie.
Nagle odsłoniła swoją twarz. Miała czarne, proste włosy i tego samego koloru oczy. Była ubrana w czarną sukienkę w białe kropki, taką samą, jaką założyłam na pogrzeb babci i z tego samego materiału bandanę. Miała na nogach puchate, różowe z kotkami kapcie. Zaczęła się drzeć "Oppa! Oppa! Teraz będziesz z nami mieszkać, prawda?". Wkurzyło mnie to, bo jakaś nieznajoma dla mnie dziewczyna rzuciła się na szyję mojemu tacie. On ją przytulił i widać, by szczęśliwy. Postawił moją torbę i walizkę na ziemi.
Ta cała DAISY jak odlepiła się od MOJEGO taty ta starsza zaczęła do niej mówić.

- Daisy, córeczko... Zaprowadź Hanę do jej pokoju.
- Grr... Ja?! Dlaczego ja?! Nawet jej nie znam!!!
"Co za miłe przywitanie." - burknęłam pod nosem.
- Coś mówiłaś? - zwróciła się do mnie kobieta.
- Nie, nic...
Zaczęła mówić do Daisy.
- A chcesz ją jeszcze oprowadzić?!
- Nie! Sama niech się oprowadzi!
- Daisy! Proszę...
- Już dobrze, dobrze... - powiedziała, jakby zrobiła mi wielką łaskę.

Nawet z walizkami i torbami mi nie pomogła, bo jak poprosiłam ją o pomoc to powiedziała "To nie moje walizki..." .

Zaprowadziła mnie do pięknie urządzonego pokoju :


Zaczęłam rozpakowywać rzeczy. Do mojego pokoju wszedł tata.
Wiedziałam, że ta trudna rozmowa będzie nieunikniona.

Hmm... Mam 17 obserwatorów i 2,490 wyświetleń bloga. Dziękuję bardzo ^^

Dziękuję także za 34 komentarze (razem z moimi) pod poprzednim postem.

Mam nadzieję, że warto było czekać te kilka dni.

* Jak podoba Wam się nowy wygląd bloga?